JAK WYGRAĆ „WALKĘ O WSZYSTKO”? JAK SPROSTAĆ HISTORYCZNEMU WYZWANIU?

PAP/EPA/Clemens Bilan

Kilka refleksji przed KORD II

Piszę to zawieszony gdzieś między nadzieją i beznadzieją, kuląc się w lęku, kiedy pomyślę o przegranej, ale też w pełni świadom tego, że czym prędzej trzeba z tego skulenia wyjść, znów się wyprostować i robić wszystko co jest w ludzkiej mocy, żeby do tej przegranej nie doszło. Bo ta batalia wyborcza – tym razem wyjątkowa, bo będzie to „walka o wszystko” – sama się przecież nie wygra.*

Widzimy wszyscy, co dzieje się za oknem. Kłamstwo w przestrzeni publicznej sięga zenitu. Polski Sejm sprowadzony został do poziomu politycznego kabaretu. Zrujnowane jest zaufanie do systemu wymiaru sprawiedliwości. Korpus służby publicznej wymieciony został przez partyjną nomenklaturę. „Służby” pozostają na służbie coraz bardziej autorytarnego obozu władzy. Zacieśnia się sojusz tronu z tiarą. Zniszczone są relacje europejskie. I można by tak snuć jeszcze długo. Wszystko to zostało podsumowane z końcem roku publicznym oświadczeniem szefa rządu: „…jesteśmy najbardziej wolnościową ekipą, od 1989…” i werbalnymi sygnałami, które mają dawać do zrozumienia, że przecież „kochamy Europę”, tylko nieco inaczej. „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya czy orwellowska wizja „Roku 1984” atakuje nas z ekranu telewizora i ze szpalt gazet już bezustannie, bo nie chodzi w tym tylko o splugawianie dorobku polskiej demokracji z okresu trzech minionych dekad; bo to jest przede wszystkim walka o polską duszę, bo to jest nękające przekonywanie, że dokonywana dewastacja jest pozyskiwaniem jakiegoś dobra, że czarne jest białe. Pozostaje pytanie, w jakiej mierze jest to przez opinię publiczną „kupowane”, a w jakiej odrzucane. Wszystko to dzieje się w kontekście europejskim: widmo „polexitu” blednie wobec widma przejmowania Europy, którą pokochaliśmy, przez populistycznych troglodytów, którzy chcą zawrócić bieg historii i cofnąć świat o kilka pokoleń, do czasów, kiedy w swoim nacjonalistycznym formacie Europa zmierzała ku przepaści. W którą wpadła!

Słyszymy z ust wielu autorytetów, które nam jeszcze szczęśliwie pozostały (równie szczęśliwie rodzą się nowe!), że zbliżające się wybory – zarówno europejskie, jak parlamentarne – będą właśnie tą „walką o wszystko”: o powrót do jakiejś normalności, o powstrzymanie tej fali wstecznictwa, która sprawia wrażenie, że świat zwariował, o przywrócenie Polsce demokratycznego państwa prawa rządzonego z wyciągnięciem wniosków ze wszystkich dotychczasowych błędów i zaniechań, o pomoc Europie w jej dramatycznym oporze przeciw koalicji złych mocy – od Victora Orbana począwszy, na Matteo Salvinim i Marine le Pen kończąc, zagarniającej po drodze co pomniejszych karłów, którym za sprawą zmanipulowanego suwerena udało się zasiąść u steru niejednego państwa w tej naszej, nie okrzepłej demokracji, części Starego Kontynentu – bo nie tylko Polski. „Walką o wszystko”: bo jeśli siły demokratyczne nie wygrają tej walki, ten układ spetryfikuje się, skamienieje, i trwać będzie przez kolejne dekady czyniąc swoje potworne dzieło. Trwać będzie do kolejnej katastrofy podobnej do tej, jaką szarpana nacjonalizmami Europa spowodowała przed 80 laty; w najbardziej optymistycznej wersji – do momentu, kiedy pokolenie naszych wnuków lub prawnuków przebudzi się z somnambulicznego snu i powie swoje „non possum”. Gdyby był na to czas, ciekawie byłoby porozważać, jakie złe moce pozwoliły na zaistnienie tego układu: skumulowanie się kryzysów napędzanych wypowiedzianą zachodnim wartościom wojną informacyjną? Spuszczenie ze smyczy postępującej globalizacji? Historyczna amnezja młodszych pokoleń?

Czasu brak, bo larum grają: w całej Europie, ale w Polsce w sposób szczególny. Bo jesteśmy w niej wielkim i ludnym krajem. Bo los usytuował nas w jej szczególnym, newralgiczny miejscu. Bo – w związku z tym – nasze oddziaływanie na dalszy europejski los ma znaczenie. Bo to, co sercu najbliższe – przywrócenie w naszym kraju rządów demokratycznego państwa prawa –będzie miało wpływ nie tylko na losy kilku pokoleń Polaków. Czy damy radę przywrócić Polsce ten zaszczytny tytuł lidera w promowaniu jednej z fundamentalnych europejskich wartości, której na imię „solidarność”, czy też okaże się, że polska „Solidarność” była tylko efemerydą, przypadkowym zbiegiem okoliczności, sympatycznym figlem historii? Czy sprostamy wyzwaniu w tej „walce o wszystko” w nadchodzących europejskich i parlamentarnych wyborach? Jak jesteśmy w ich przededniu do tej walki przygotowani?

Do rozstrzygnięć pozostało już tylko kilka miesięcy. Mamy poza sobą – my, Obywatele, obywatelska opozycja, w tym ta „uliczna” – trzy lata upartego protestu i nie są to lata zmarnowane, bo w ogromnej mierze przyczyniliśmy się do spowalniania tego burzącego wszystko walca. Ale nie są też one w pełni wykorzystane, żeby nie rzec, że w jakiejś mierze stracone. Opozycja parlamentarna nie zdołała w ciągu tych trzech lat „ogarnąć się” po porażce, wyciągnąć z niej niezbędne wnioski, dokonać w oparciu o nie głębokiego audytu, stworzyć program WSPÓLNEJ wizji Polski u samych jej podstaw ustrojowych przy zachowaniu całej gamy różnorodności. Jest dopiero na etapie jakby budzenia się, przekonywania się do – wydawałoby się – oczywistego faktu, że wybory, tą „walkę o wszystko”, wygrywa się takim właśnie programem, obnażającym zło, przeciwko któremu w zmaganiach wyborczych się walczy, ale przede wszystkim przywracającym nadzieję na powrót normalności, autentycznych rządów prawa, cywilizowanego parlamentaryzmu, zaprzestania plemiennych walk, z podpisanym krwią zapewnieniem, że takich zobowiązań się dotrzyma. Opozycja obywatelska, po pierwszym, spontanicznym, masowym zrywie, wytraciła impet, zatomizowała się, co gorsza – popadła w wewnętrzne konflikty. Jej pierwsi liderzy nie sprostali wyzwaniu – ono ich przerosło. Ale – co niezwykle ważne – ona się „nie rozeszła”, nie wróciła do domowego zacisza, na co liczył obóz władzy. Ona – choć w rozbiciu – trwała w swoim stanowczym proteście. I miała po drodze swoje sukcesy. I trwa, choć wciąż nie stanowi obywatelskiej wspólnoty dostatecznie świadomej wyzwania, jakie przed nią stoi – owej „walki o wszystko”. Ta świadomość się dopiero rodzi. Dojrzewa. To dojrzewanie nawet przyspiesza. Jest tylko pytanie, czy nadąży wobec rozpędzonej dynamiki wydarzeń.

Tak więc, lekko nie jest. Ogrom wyzwania nieco przytłacza, a świadomość, że przed nami już tylko kilka miesięcy, chwilami wręcz paraliżuje. Ale ma też efekt odwrotny. Ona również mobilizuje. Z obserwacji wynika, że ta wielka stawka, o którą toczy się polityczna gra, staje się w coraz większym stopniu oczywistością, zarówno dla polityków, jak dla obywateli. Tylko czy w dostatecznym stopniu? Czy w ciągu tych kilku miesięcy dadzą się poskromić zastarzałe, partyjne egoizmy i dające wciąż o sobie znać liderskie „ego” na rzecz wspólnego dobra, demokracji, rządów prawa? Albo inaczej – żeby zejść z wysokiego „C”: czy nastąpi dostatecznie szybko rozbudzenie się ze złudnego snu, że granie parlamentarną pozycją czy nośnym logo w sytuacji tej „walki o wszystko” jest wchodzeniem w buty trolla pracującego na rzecz autorytarnego władztwa; że krótkowzroczne, egoistyczne „granie na siebie” – tak w kręgach opozycji parlamentarnej, jak obywatelskiej – doprowadzi do katastrofy, po której tak partyjne, jak liderskie aspiracje staną się już tylko przedmiotem kpin wynajętego przez zwycięzców błazna?

W tym kontekście wyłania się nowe, konkretne wyzwanie dla obywatelskiej opozycji: pilne, bo larum grają – wyzwanie na dziś, na jutro, na „już”. Choć czasy są inne i inne mechanizmy – odwołanie się do etosu „Solidarności”. W imię Wielkiej Sprawy. W sytuacji, kiedy kultywowanie wszelakich egoizmów równe jest zdradzie wobec racji stanu Polski, zaprzepaszczaniu losu kilku pokoleń. Temu wyzwaniu na imię: zjednoczyć się, przy zachowaniu wszystkich różnic ideowych, światopoglądowych, programowych, bo o to przyjdzie czas spierać się w przywróconym do cywilizowanych standardów parlamencie. Zjednoczyć się wokół jednego tylko, programowego hasła: przywrócenie Polsce demokracji i rządów prawa, do czego pierwszym krokiem jest pozbawienie władzy tych, którzy ją w tak niecny sposób sprawują. Zjednoczyć się, to znaczy stać się siłą polityczną (Boże uchowaj – partyjną!), wypowiadającą się jednym głosem w tym jedynym punkcie WSPÓLNEGO programu: wygrać wybory.

Jeśli cokolwiek podtrzymuje mój optymizm – to świadomość, iż spora grupa działaczy obywatelskiej opozycji, świadomych wyzwania, noszących okulary „na dalekie widzenie”, już od dość dawna angażuje się na rzecz realizacji tej idei, tego pomysłu, który – choć z trudem wobec naszej atomizacji – dojrzewa i zyskuje coraz szerszą akceptację wśród „uliczników wszelkiej maści”. Pracują think-tanki – ludzie poświęcają wiele czasu debacie, jak to zrobić, żeby przyciągnąć, nie urażając niczyjej tożsamości, okazując pełen szacunek dla różnorodnych wartości, wrażliwości, programów. Ktoś rzucił pomysł zorganizowania kongresu obywateli, obywatelskich ruchów i inicjatyw po to, żeby WSPÓLNIE zweryfikować ten pomysł na zjednoczenie się wokół tego jedynego punktu: wygrać tą „walkę o wszystko”, co przekłada się praktycznie na wygranie dwóch odsłon wyborczych. Oczywiście, chwała pomysłodawcy, który zaproponował demokratycznej opozycji – w dramatycznym momencie naszej historii – platformę stanowiącą być może ostatnią szansę, aby odegrała ona dziejową rolę. Teraz idea kongresu żyje już własnym życiem, przybiera realne kształty, budzi optymizm. Daje szansę na to, że w tej jednej sprawie „walki o wszystko”, o zachowanie demokratycznych pryncypiów ustrojowych naszego kochanego kraju, my, demokraci, obywatele świadomi odpowiedzialności, do której nasze obywatelstwo nas zobowiązuje, wypowiadać się będziemy jednym głosem, pójdziemy razem ponad drugorzędnymi wobec historycznego wyzwania podziałami, staniemy się siłą polityczną z jednakowym dystansem do wszystkich demokratycznych partii politycznych, oferującą im partnerstwo we wspólnej walce o lepszą Polskę, ale też stanowczo domagającą się skuteczności w prowadzeniu tej walki, bowiem teraz nie ma już ani chwili do stracenia.

Ten kongres, ta szansa na naszą polską „jedność w różnorodności” (wiodące hasło Komisji Europejskiej pod przywództwem Jean-Claude Junckera) – to Kongres Obywatelskich Ruchów Demokratycznych, który odbędzie się 5 stycznia 2019 w Warszawie. Będzie to już jego druga odsłona. W pierwszej, tej wrześniowej, mającej miejsce w Łodzi, było jeszcze za wcześnie, żeby – po naszych wewnętrznych turbulencjach, przy wciąż odczuwanych obolałościach – mówić o jakimkolwiek wspólnym programie, choćby na poziomie tego jedynego priorytetu. Jej umiarkowanym sukcesem był sam fakt, że spotkaliśmy się – Obywatele z różnych ruchów i inicjatyw, zarówno tych, które na trwałe zaistniały w publicznym odbiorze i mediach społecznościowych, jak i tych niewielkich, rozsianych po całej Polsce, które wykazywały najwięcej odwagi i determinacji stając w kilkuosobowych grupach przed lokalnymi sądami z napisem „Konstytucja”, bardziej niż w dużych aglomeracjach narażonych na „hejt” i obelgi. Spotkaliśmy się, przypomnieliśmy się sobie nawzajem, bo przecież wszyscy wyrośliśmy z tego samego korzenia i wszystkich nas łączy to samo fundamentalne pragnienie: powstrzymać zło, położyć kres podziałom, fali nienawiści, dewastacji instytucji demokratycznego państwa.

Druga odsłona KORD, ta styczniowa, która wkrótce przed nami, musi przynieść konkret. Musi, jeśli miałaby być niosącą nadzieję szansą na odegranie przez demokratyczną, obywatelską opozycję istotnej roli w tej „walce o wszystko”. Nie odegramy jej w rozproszeniu, choćby inspirowani najszlachetniejszymi intencjami. Odegramy ją wtedy tylko, jeśli zaistniejemy jako spójna, obywatelska wspólnota, z którą demokratyczne partie polityczne będą się liczyć jako z pożytecznym partnerem w ich wyborczej walce. Partnerem, który stanowczo domaga się skuteczności prowadzenia partyjnej kampanii wyborczej, z wzięciem pod uwagę wszelkich zagrożeń, jakie stanowi metoda d’Hondta przekładająca wyniki głosowania na liczbę foteli w parlamentarnych izbach. Partnerem, którego „pożyteczność” nie sprowadza się do dystrybucji wyborczych ulotek, a do pełnego udziału w kampanii prowadzonej w oparciu o program niosący realną nadzieję tym, którzy „nie mają na kogo głosować”, bądź gotowi są zagłosować na narodową prawicę w obawie przed społecznym wykluczeniem. To w ujęciu najbardziej ogólnym, bo w krótkim tekście inaczej się nie da. Natomiast da się to uszczegółowić na styczniowym spotkaniu, bo – w moim rozumieniu – dla przeprowadzenia tej debaty organizowany jest styczniowy KORD.

Nie mam szczypty nadziei, że ta wyborcza „walka o wszystko” w nadchodzącym roku jest do wygrania przez demokratyczne partie opozycyjne bez konstruktywnego udziału obywatelskiej opozycji. Równocześnie jestem głęboko przekonany, że ta walka jest do wygrania, jeśli społeczeństwo obywatelskie zdobędzie się na przemówienie jednym głosem i zaistnienie w tej dramatycznej kampanii wyborczej jako siła wspierająca, ale równocześnie jako uparty, wyrazisty, konsekwentny obywatelski „watchdog”. I myślę, że w dużym stopniu przesądzi o tym styczniowy KORD, a wszystkie swoje nadzieje wiążę z perspektywą wyjścia ze styczniowych obrad z oddechem ulgi. Po tym, jak opowiemy się za jednością w kwestii fundamentalnej: zaistnienia społeczeństwa obywatelskiego w kampanii wyborczej jako wspólnoty dysponującej siłą nacisku, poważnego partnera do rozmów z politykami zarówno na temat wyborczych programów, jak też podziału ról w prowadzonej kampanii. Po tym, jak się okaże, że w tej wielkiej sprawie, która przesądzić może o przyszłości Polski na wiele lat, zdolni jesteśmy na wzniesienie się ponad podziały, różnice, nawet poranienia – na okazanie sobie niezbędnej szczypty zaufania.

Dlatego apeluję do wszystkich, którym demokratyczna, europejska, przyjazna światu Polska jest miła – do moich Przyjaciół i Znajomych, do Obywateli, którzy to przeczytają, do regionów, ruchów, inicjatyw (tych dużych i tych małych, tych z „logo” i bez „loga”): przybywajcie na ten KORD, rejestrujcie się co szybciej. Czekać tam na Was będzie podpisana już przez wiele obywatelskich organizacji Karta Zasad (funkcjonowania) Środowisk Obywatelskich, czekać będą zręby brzegowego obywatelskiego programu i zarys propozycji wspólnych działań: wszystko to otwarte na obywatelską debatę. Przybywajcie w poczuciu Waszej – teraz na wagę złota – obywatelskiej odpowiedzialności, żeby wspólnie wygrać tę „walkę o wszystko”. Czekać tam na Was będzie nadzieja: przybywajcie, żeby ją przygarnąć, rozbudzić, podać dalej!

Cóż powiedzieć mogę więcej?

*Wszystkie podkreślenia pochodzą od redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *